Wczoraj widziałem...
RSS
czwartek, 29 sierpnia 2013
Upiory dwa

Hasło "Upiór w kuchni" przywołuje we mnie obraz Ireny Kwiatkowskiej w roli Laury Collins, składającej swojej córce (Hanna Śleszyńska) propozycję: "A może by tak... ryziu-ryziu...?". Tym razem TVP Kultura przypomniała spektakl zrealizowany 17 lat wcześniej, w 1976 roku, również przez Janusza Majewskiego.

Nie sposób uniknąć porównań: spektakl z roku 1993 wymienione wyżej panie bardzo mocno zdominowały, mimo, że był on rozbudowany o kilka scen bez ich udziału. Dominacja duetu Zofii Mrozowskiej (Laura) i Grażyny Staniszewskiej nie była tak wyraźna, może dlatego, że ich partnerzy na to nie pozwolili. A partnerami byli Roman Wilhelmi, Jan Machulski (nie poznałem go zresztą) oraz Marek Walczewski... Epizodyczną postać posterunkowego Griggsona zagrał Wiktor Zborowski, który potem (w kolejnej wersji) "awansował" na inspektora Hunta - ot, taki dodatkowy smaczek do i tak smakowitej potrawy.

niedziela, 17 lutego 2013
Sprawiedliwość po latach?

TVP Kultura w kolejne wtorki emituje serię przedstawień związanych tematycznie z nacjonalizmem, antysemityzmem, rozliczeniami z historią. Trafiłem na "Człowieka do wszystkiego" Ronalda Harwooda z 1998 roku w reżyserii Krzysztofa Babickiego. 

Obsada zbija z nóg: Zbigniew Zapasiewicz, Piotr Fronczewski, Danuta Stenka i Joanna Szczepkowska, a do tego w epizodach Olaf Lubaszenko, Jacek Rozenek, Janusz Michałowski i Zofia Kucówna, więc poziom aktorstwa zagwarantowany.

A sama sztuka? Pomysł na pewno ciekawy, osiemdziesięcioletni Ukrainiec, mieszkający od 50 lat w Anglii (Zbigniew Zapasiewicz), okazuje się być członkiem SS-Galizien podejrzanym o udział w mordowaniu żydów w 1941 roku (nie, nie chodzi o Jedwabne). Mimo, że konsekwentnie temu zaprzecza, pojawia się coraz więcej poszlak wskazujących, ze szukający zbrodniarzy wojennych agenci ScotlandYardu trafili do właściwej osoby. 

Spektakl stawia więcej pytań, niż odpowiedzi... Czy ma sens oskarżanie osiemdziesięciolatka o zbrodnie dokonane przez człowieka dwudziestoparoletniego? Czy to jest ten sam człowiek? Czy ściganie zbrodniarzy nie powoduje (u nich i ich znajomych) efektu wyparcia, a w konsekwencji zaprzeczania Holocaustu?...  Prostych odpowiedzi na te pytania nie ma i reżyser (na szczęście) nie próbuje ich stawiać. Niestety zdarzają mu się momenty nadmiernie dydaktyczne, zwłaszcza niektóre wypowiedzi adwokatki Marion Stone (Joanna Szczepkowska), kierowane są wprost do widowni. Trochę szkoda, ale całości to nie psuje.    

   

 

piątek, 12 października 2012
"Matka" jako nekrolog Jerzego Jarockiego

Śmierć Jerzego Jarockiego sprowokowała mnie do włączenia telewizora. TVP Kultura nie zawiodła, pokazano aktorów wspominających mistrza, a następnie telewizyjną wersję "Matki" Witkacego wystawianej w Teatrze Starym w Krakowie.  

Wśród osób wspominających reżysera był Mariusz Bonaszewski, opowiadający między innymi o swoich początkach pracy z Jarockim, kiedy to Marek Walczewski (mający z kolei to doświadczenie za sobą) ostrzegał go przed metodami pracy pryncypała: "Zobaczysz, on będzie cię tresował...".

"Matka", w której Walczewski wystąpił w roli Leona udowadnia, że tresura jakiej aktor został poddany była faktycznie ciężka, ale i efektowna. Walczewski rzuca się po teatralnych deskach, wchodzi na szafę, rozsypuje  włóczkowe "robótki", które pokrywają scenę niby niebieski śnieg (autorką scenografii jest Krystyna Zachwatowicz). Tytułowa matka (Ewa Lassek, zresztą żona Jarockiego) gra zdecydowanie oszczędniej, ale też ze specyficzną sztuczną manierą.  

 A w tle Kazimierz Kaczor, Jerzy Bińczycki, Jerzy Trela, trudna do rozpoznania Ewa Dałkowska jako Zosia... Ojca Zosi zagrał Wiktor Sadecki, nazwisko nic mi nie mówiło i nie mogłem skojarzyć gdzie go widziałem, dopiero lektura wikipedii pozwoliła mi go zidentyfikować jako Jakubka z filmowego i serialowego "Janosika" . Trochę to niepokojące, że aktor ze znacznym dorobkiem kojarzy się tylko z epizodyczną rolą w serialu. Jeszcze bardziej niepokoi fakt , że Marek Walczewski przez wiele osób może być kojarzony głównie z policjantem z "13. posterunku"...

 

 

wtorek, 26 lipca 2011
Po powrocie z Pragi
Przy natłoku spektakli teatralnych, jakimi raczy nas telewizja, dotychczasowa formuła tego bloga uległa wyczerpaniu. Pozostaje mi pisanie na inne (mniej lub bardziej odległe od teatru TV) tematy, sięganie do archiwum lub na półkę, ewentualnie pozostawienie martwego bloga w czeluściach internetu. Na razie wybiorę to pierwsze wyjście, a co będzie dalej - czas pokaże.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Styczniowo

Już wspominałem o banalnej formułce, która narzuca się po śmierci aktora: ""pozostały po nich wspaniale role..." . Gdy 7 stycznia zmarł Krzysztof Kolberger, pierwsze skojarzenie jakie mi się narzuciło to Narrator (właśnie tak, przez duże N). Narrator w słuchowiskach, lektor w różnego rodzaju programach słowno-muzycznych, który z wielkiej księgi lub przynajmniej kartek ukrytych w ozdobnych okładkach odczytuje ważne, poetyckie lub patriotyczne teksty... Mickiewicz w wajdowskim Panu Tadeuszu, odczytujący Epilog, to chyba najbardziej charakterystyczny przykład. TVP Kultura nie poszła tym tropem i w dniu śmierci Kolbergera wydobyła Romea i Julię z 1974 roku, w którym 24-letni aktor zagrał tytulowego Amanta.

Jerzy Gruza już wtedy interesował się glównie działalnością komediowo-kabaretową i największy nacisk położył na (liczne zresztą u Szekspira) akcenty komiczne. Po spektaklu w pamięci pozostały mi (oprócz młodziutkiego Kolbergera) błazeństwa Wojciecha Pszoniaka jako Merkucja, dziwna czapka Marka Walczewskiego (brata Laurentego)  i kilka znanych skądinąd postaci w epizodach... trochę mało...

***

Dwa tygodnie później, 23 stycznia na Kulturze pojawiła się (bez żadnej smutnej okazji, na szczęście) inscenizacja Emigrantów z 1995 roku. Mrożek, Kutz, Kondrat, Zamachowski... czy trzba coś dodawać? Może tyle, że sztuka Mrozka zdezaktualizowała się (dla kolejnych pokolen scena z puszką mięsa dla psów będzie pewnie kompletnie niezrozumiała), ale pod warunkiem, że emigrację traktuje sie dosłownie.

W rzeczywistości wokół pełno jest XX-ów, którzy wyjeżdząją do mniej lub bardziej metaforycznych krain szczęśliwości. AA z kolei nazywa się (na przykład) Adam Miauczyński, i w Dniu Świra pokazuje jak wygląda emigracja wewnętrzna.

A Marek Kondrat twierdzi, że nie jest aktorem... taaaa

środa, 29 grudnia 2010
Życzenia

Niemal dwa lata temu pisałem, że "Pastorałka" Schillera w reżyserii Laco Adamika na stałe wejdzie do świątecznonoworocznego repertuaru. Wygląda na to, że miałem rację - obejrzałem ją ponownie w poniedziałek (27 grudnia).

Wrażenia - jak poprzednio (Cielecka!).

A korzystając z świąteczno-noworocznego nastroju, życzę (głównie sobie), żeby repertuar Teatru TV, dawał mi okazję i powody do napisania choć tak krótkich notek, jak dzisiejsza.

 

środa, 15 kwietnia 2009
Alleluja

O ile pod koniec grudnia Teatr TV zazwyczaj wydobywa ze swych archiwów jedną (lub niejedną) z dyżurnych realizacji tematycznych (np. tę, lub ), to o sztuki kojarzącę się z Wielkanocą jakby trudniej. W archiwach telewizyjnych pewnie znalazłyby się mniej lub bardziej ludowe pasje bądź misteria, ale gdy próbowałem sobie przypomnieć coś wielkanocnego do głowy przyszło mi jedynie "Porozmawiajmy o życiu i śmierci" Krzysztofa Bizio. Myślę, że z tego względu dzień po Wielkiejnocy TVP Kultura wyemitowała sztukę, w której wystąpił taki świąteczny akcent. Kompozytorem oratorium "Mesjasz", z którego pochodzi ten fragment, był Georg Friedrich Händel, jeden z bohaterów sztuki "Kolacja na cztery ręce" Paula Barza. W wyemitowanej wczoraj realizacji z 1990 roku wyreżyserowanej przez Kazimierza Kutza, Haendla zagrał Roman Wilhelmi, zaś w roli Jana Sebastiana Bacha partnerował mu Janusz Gajos.

Spotkanie dwóch muzyków (do którego w rzeczywistości nie doszło) jest pretekstem do zaprezentowania odmiennych pogladów na życie, sztukę i ich wzajemne proporcje. 

Kanon, złota setka Tetru TV i ogólnie klasyka.  

 

niedziela, 22 marca 2009
Dziennikarstwo sto lat temu

"Jak redagowałem Gazetę Rolniczą" to jedno z satyrycznych opowiadań Marka Twaina, opublikowanych po polsku m.in. w tomiku "Trzydzieści trzy opowiadania". Cieszyły się one, zasłużoną zresztą, popularnością wśród twórców telewizyjnych nowelek (nie mylić z telenowelami) leżących na granicy między filmem, a teatrem. "O człowieku, ktory redagował Gazetę Rolniczą" zostało zrealizowane przez Waldemara Krzystka w 1996 roku w konwencji zdecydowanie teatralnej. Stary wydawca tytułowej gazety (Bronisław Pawlik) szuka współpracowników. Pierwszym kandydatem jest młody człowiek (Adam Kamień) o wykształceniu rolniczym, podchodząc nieco krytycznie do publikowanych w periodyku tekstów nie znajduje uznania pryncypała, który zatrudnia go jako gońca. Kolejny zainteresowany (Tomasz Stockinger) nie ma pojęcia o rolnictwie, ale wychwalając wniebogłosy działalność wydawcy, nakłania go do powierzenia sobie obowiązków redaktora naczelnego. Jego pewność siebie budzi szacunek innych pracowników redakcji, a pierwszy numer redagowanej przez niego gazety zwielokrotnia jej nakład, tylko, że... dzięki temu, że jego ignorancja jednych czytelników bawi, a innych szokuje. 

Odpowiadając na zarzuty idzie w zaparte, twierdząc, że dzięki pisaniu jawnych idiotyzmów straci, co prawda czytelników zainteresowanych rolnictwem, ale za to zyska wielotysięczną rzeszę idiotów, chcących czytać jego teksty.

 Czy nie brzmi to jak motto niejednego współczesnego przedstawiciela mass-mediów?

 

 

niedziela, 08 marca 2009
Klos bada sprawę Wokulskiego i Marusi

Patrick Quentin to pseudonim, pod jakim kilku pisarzy tworzyło w latach 40 i 50. serię opowiadań kryminalnych. 20 lat później kilka z nich pojawiło się w teatrze sensacji, czyli popularnej Kobrze. TVP Kultura przypomniała dziś "Jego dwie żony'' wyreżyserowane w 1974 roku przez Stanisława Zaczyka. Spektakl jest utrzymany w nieco chandlerowskiej atmosferze, choć grany przez Stanisława Mikulskiego, porucznik Trant (pojawiający się w kilku utworach Quentina), raczej Marlowe'a nie przypomina. Detektyw jest postacia zresztą niemal epizodyczną i pozostaje w cieniu Billa Hardinga (Jerzy Kamas), byłego literata, który ożenił się bogato i pracuje w firmie należącej do trzęsącego miastem teścia Nelsona Callinghama (w tej roli Henryk Bąk). Po morderstwie, w które może być zamieszana rodzina Callinghamów, Harding początkowo ulega prośbom (a właściwie poleceniom) teścia, starającego się zatuszować sprawę, potem decyduje się na uniezależnienie i  wyplątanie z sieci kłamstw, w której tkwi cała rodzina. 

Aktorzy zostali obsadzeni (chyba przez przypadek?) zgodnie z kluczem serialowym. Mikulski jest po "Stawce", Kamas przed rolą Wokulskiego, zaś Pola Raksa po "Pancernych" nadal funkcjonuje jako ikona piękna (Perfect zaśpiewa o tym kilka lat później...).   

środa, 04 marca 2009
Romantyzm w perukach

Wczoraj zastanawiałem się nad faktem nieregularnego wystawiania "Pigmaliona" w polskich teatrach, po czym TVP Kultura zrobiła mi psikusa prezentując sztukę wielokroć rzadziej występującą w repertuarach. "Książę Homburg"  Heinricha von Kleista był w Polsce wystawiony... trzykrotnie, wliczając w to adaptację telewizyjną, zrealizowaną przez Krzysztofa Langa w 1993 roku. 

Trochę to dziwne, bo tytułowy Homburg (Marek Bukowski) jako bohater romantyczny móglby z powodzeniem uzupełniać Giaura i Konrada Wallenroda w szkolnych wypracowaniach. Romantyczna natura, w połączeniu z lunatyzmem, sprawiają, że na przedbitewnej odprawie nie dosłyszy rozkazów i wbrew nim zbyt wcześnie uderza na wroga. Zostaje za to uwięziony i postawiony przed sądem wojskowym przez elektora pruskiego (Gustaw Holoubek). 

I w tym nieco nietypowym miejscu zaczyna się (typowa) przemiana bohatera romantycznego, który w przyspieszonym tempie dojrzewa emocjonalnie.

Nie wiem, czy to przypadek, ale oprawa plastyczna spektaklu nasuwała mi skojarzenia z obrazem "Nocna straż" Rembrandta, choć tylko z daleka. Na zbliżeniach Jan Frycz, czy Mariusz Bonaszewski w wielkich perukach wyglądali nieco komicznie...

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5