Wczoraj widziałem...
RSS
wtorek, 26 lipca 2011
Po powrocie z Pragi
Przy natłoku spektakli teatralnych, jakimi raczy nas telewizja, dotychczasowa formuła tego bloga uległa wyczerpaniu. Pozostaje mi pisanie na inne (mniej lub bardziej odległe od teatru TV) tematy, sięganie do archiwum lub na półkę, ewentualnie pozostawienie martwego bloga w czeluściach internetu. Na razie wybiorę to pierwsze wyjście, a co będzie dalej - czas pokaże.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Styczniowo

Już wspominałem o banalnej formułce, która narzuca się po śmierci aktora: ""pozostały po nich wspaniale role..." . Gdy 7 stycznia zmarł Krzysztof Kolberger, pierwsze skojarzenie jakie mi się narzuciło to Narrator (właśnie tak, przez duże N). Narrator w słuchowiskach, lektor w różnego rodzaju programach słowno-muzycznych, który z wielkiej księgi lub przynajmniej kartek ukrytych w ozdobnych okładkach odczytuje ważne, poetyckie lub patriotyczne teksty... Mickiewicz w wajdowskim Panu Tadeuszu, odczytujący Epilog, to chyba najbardziej charakterystyczny przykład. TVP Kultura nie poszła tym tropem i w dniu śmierci Kolbergera wydobyła Romea i Julię z 1974 roku, w którym 24-letni aktor zagrał tytulowego Amanta.

Jerzy Gruza już wtedy interesował się glównie działalnością komediowo-kabaretową i największy nacisk położył na (liczne zresztą u Szekspira) akcenty komiczne. Po spektaklu w pamięci pozostały mi (oprócz młodziutkiego Kolbergera) błazeństwa Wojciecha Pszoniaka jako Merkucja, dziwna czapka Marka Walczewskiego (brata Laurentego)  i kilka znanych skądinąd postaci w epizodach... trochę mało...

***

Dwa tygodnie później, 23 stycznia na Kulturze pojawiła się (bez żadnej smutnej okazji, na szczęście) inscenizacja Emigrantów z 1995 roku. Mrożek, Kutz, Kondrat, Zamachowski... czy trzba coś dodawać? Może tyle, że sztuka Mrozka zdezaktualizowała się (dla kolejnych pokolen scena z puszką mięsa dla psów będzie pewnie kompletnie niezrozumiała), ale pod warunkiem, że emigrację traktuje sie dosłownie.

W rzeczywistości wokół pełno jest XX-ów, którzy wyjeżdząją do mniej lub bardziej metaforycznych krain szczęśliwości. AA z kolei nazywa się (na przykład) Adam Miauczyński, i w Dniu Świra pokazuje jak wygląda emigracja wewnętrzna.

A Marek Kondrat twierdzi, że nie jest aktorem... taaaa

środa, 29 grudnia 2010
Życzenia

Niemal dwa lata temu pisałem, że "Pastorałka" Schillera w reżyserii Laco Adamika na stałe wejdzie do świątecznonoworocznego repertuaru. Wygląda na to, że miałem rację - obejrzałem ją ponownie w poniedziałek (27 grudnia).

Wrażenia - jak poprzednio (Cielecka!).

A korzystając z świąteczno-noworocznego nastroju, życzę (głównie sobie), żeby repertuar Teatru TV, dawał mi okazję i powody do napisania choć tak krótkich notek, jak dzisiejsza.

 

środa, 15 kwietnia 2009
Alleluja

O ile pod koniec grudnia Teatr TV zazwyczaj wydobywa ze swych archiwów jedną (lub niejedną) z dyżurnych realizacji tematycznych (np. tę, lub ), to o sztuki kojarzącę się z Wielkanocą jakby trudniej. W archiwach telewizyjnych pewnie znalazłyby się mniej lub bardziej ludowe pasje bądź misteria, ale gdy próbowałem sobie przypomnieć coś wielkanocnego do głowy przyszło mi jedynie "Porozmawiajmy o życiu i śmierci" Krzysztofa Bizio. Myślę, że z tego względu dzień po Wielkiejnocy TVP Kultura wyemitowała sztukę, w której wystąpił taki świąteczny akcent. Kompozytorem oratorium "Mesjasz", z którego pochodzi ten fragment, był Georg Friedrich Händel, jeden z bohaterów sztuki "Kolacja na cztery ręce" Paula Barza. W wyemitowanej wczoraj realizacji z 1990 roku wyreżyserowanej przez Kazimierza Kutza, Haendla zagrał Roman Wilhelmi, zaś w roli Jana Sebastiana Bacha partnerował mu Janusz Gajos.

Spotkanie dwóch muzyków (do którego w rzeczywistości nie doszło) jest pretekstem do zaprezentowania odmiennych pogladów na życie, sztukę i ich wzajemne proporcje. 

Kanon, złota setka Tetru TV i ogólnie klasyka.  

 

niedziela, 22 marca 2009
Dziennikarstwo sto lat temu

"Jak redagowałem Gazetę Rolniczą" to jedno z satyrycznych opowiadań Marka Twaina, opublikowanych po polsku m.in. w tomiku "Trzydzieści trzy opowiadania". Cieszyły się one, zasłużoną zresztą, popularnością wśród twórców telewizyjnych nowelek (nie mylić z telenowelami) leżących na granicy między filmem, a teatrem. "O człowieku, ktory redagował Gazetę Rolniczą" zostało zrealizowane przez Waldemara Krzystka w 1996 roku w konwencji zdecydowanie teatralnej. Stary wydawca tytułowej gazety (Bronisław Pawlik) szuka współpracowników. Pierwszym kandydatem jest młody człowiek (Adam Kamień) o wykształceniu rolniczym, podchodząc nieco krytycznie do publikowanych w periodyku tekstów nie znajduje uznania pryncypała, który zatrudnia go jako gońca. Kolejny zainteresowany (Tomasz Stockinger) nie ma pojęcia o rolnictwie, ale wychwalając wniebogłosy działalność wydawcy, nakłania go do powierzenia sobie obowiązków redaktora naczelnego. Jego pewność siebie budzi szacunek innych pracowników redakcji, a pierwszy numer redagowanej przez niego gazety zwielokrotnia jej nakład, tylko, że... dzięki temu, że jego ignorancja jednych czytelników bawi, a innych szokuje. 

Odpowiadając na zarzuty idzie w zaparte, twierdząc, że dzięki pisaniu jawnych idiotyzmów straci, co prawda czytelników zainteresowanych rolnictwem, ale za to zyska wielotysięczną rzeszę idiotów, chcących czytać jego teksty.

 Czy nie brzmi to jak motto niejednego współczesnego przedstawiciela mass-mediów?

 

 

niedziela, 08 marca 2009
Klos bada sprawę Wokulskiego i Marusi

Patrick Quentin to pseudonim, pod jakim kilku pisarzy tworzyło w latach 40 i 50. serię opowiadań kryminalnych. 20 lat później kilka z nich pojawiło się w teatrze sensacji, czyli popularnej Kobrze. TVP Kultura przypomniała dziś "Jego dwie żony'' wyreżyserowane w 1974 roku przez Stanisława Zaczyka. Spektakl jest utrzymany w nieco chandlerowskiej atmosferze, choć grany przez Stanisława Mikulskiego, porucznik Trant (pojawiający się w kilku utworach Quentina), raczej Marlowe'a nie przypomina. Detektyw jest postacia zresztą niemal epizodyczną i pozostaje w cieniu Billa Hardinga (Jerzy Kamas), byłego literata, który ożenił się bogato i pracuje w firmie należącej do trzęsącego miastem teścia Nelsona Callinghama (w tej roli Henryk Bąk). Po morderstwie, w które może być zamieszana rodzina Callinghamów, Harding początkowo ulega prośbom (a właściwie poleceniom) teścia, starającego się zatuszować sprawę, potem decyduje się na uniezależnienie i  wyplątanie z sieci kłamstw, w której tkwi cała rodzina. 

Aktorzy zostali obsadzeni (chyba przez przypadek?) zgodnie z kluczem serialowym. Mikulski jest po "Stawce", Kamas przed rolą Wokulskiego, zaś Pola Raksa po "Pancernych" nadal funkcjonuje jako ikona piękna (Perfect zaśpiewa o tym kilka lat później...).   

środa, 04 marca 2009
Romantyzm w perukach

Wczoraj zastanawiałem się nad faktem nieregularnego wystawiania "Pigmaliona" w polskich teatrach, po czym TVP Kultura zrobiła mi psikusa prezentując sztukę wielokroć rzadziej występującą w repertuarach. "Książę Homburg"  Heinricha von Kleista był w Polsce wystawiony... trzykrotnie, wliczając w to adaptację telewizyjną, zrealizowaną przez Krzysztofa Langa w 1993 roku. 

Trochę to dziwne, bo tytułowy Homburg (Marek Bukowski) jako bohater romantyczny móglby z powodzeniem uzupełniać Giaura i Konrada Wallenroda w szkolnych wypracowaniach. Romantyczna natura, w połączeniu z lunatyzmem, sprawiają, że na przedbitewnej odprawie nie dosłyszy rozkazów i wbrew nim zbyt wcześnie uderza na wroga. Zostaje za to uwięziony i postawiony przed sądem wojskowym przez elektora pruskiego (Gustaw Holoubek). 

I w tym nieco nietypowym miejscu zaczyna się (typowa) przemiana bohatera romantycznego, który w przyspieszonym tempie dojrzewa emocjonalnie.

Nie wiem, czy to przypadek, ale oprawa plastyczna spektaklu nasuwała mi skojarzenia z obrazem "Nocna straż" Rembrandta, choć tylko z daleka. Na zbliżeniach Jan Frycz, czy Mariusz Bonaszewski w wielkich perukach wyglądali nieco komicznie...

 

 

 

wtorek, 03 marca 2009
Angielszczyzna po polsk(iem)u

George Bernard Show był na tyle bogatą osobowością, że odnoszę wrażenie, iż w teatrze częściej można trafić na sztukę, której jest bohaterem, niż na sztuki przez niego napisane. Z bazy e-teatru wynika, że ostatnią realizacją "Pigmaliona" (uważanego, obok "Profesji pani Warren", za jego najpopularniejszą sztukę) była telewizyjna adaptacja wyreżyserowana w 1998 roku przez Macieja Wojtyszkę, powtórzona zresztą wczoraj. Przypuszczam, że niechęć do jej wystawiania wynika z faktu, że jednym z bohaterów sztuki jest... język angielski, a właściwie jego dialekty. Dlatego do podjęcia wyzwania potrzeba dużej odwagi, a przede wszystkim aktórów obdarzonych dużymi umiejętnościami warsztatowymi. 

Wojtyszko, jak widać, miał do dyspozycji jedno i drugie. W roli profesora Higginsa wystapił Jan Englert, kwiaciarki Elizy, którą Hiiggins przygotowuje do roli damy - Edyta Jungowska, zaś pułkownika Pickering - nieco mniej znany Jan Janga-Tomaszewski. Te elementy zagrały, tak jak powinny - zwłaszcza Eliza Jungowskiej, przechodząca przeobrażenie zupełne od dziewczyny posługującej się językiem ulicy (co do walijskiego akcentu pozostaje wierzyć na słowo) po damę, którą konkurujący z Higginsem językoznawca (Omar Sangare) bierze za węgierską księżniczkę). 

Mam tylko wrażenie, że twórcy spektaku nie byli do końca pewni, czy wystawiana przez nich sztuka ma mieć charakter komedii, melodramatu na temat relacji Higginsa i Elizy, czy dyskursem na temat twórcy i jego dzieła... i zatrzymali się gdzieś na rozdrożu. Elementy komediowe nieco sie pogubiły... trochę szkoda, chociaz może tak miało być, żeby wesołkowaty miejscami śmiech nie przeszkadzał w refleksji. 

 
środa, 25 lutego 2009
(Przed)ostatni Król Lear

"Stalin" Gastona Salvatore wyreżyserowany przez Kazimierza Kutza w 1992 roku to spektakl-legenda. Głównie ze względu na jeden z ostatnich wystepów Tadeusza Łomnickiego (premiera miała telewizyjna miejsce 10 dni po śmierci aktora). W dodatku Łomnicki zagrał tu starego żydowskiego aktora, grającego w moskiewskim teatrze Króla Leara w czasie "spisku lekarzy". Wezwany przed oblicze tytułowego Generalissimus (Jerzy Trela), początkowo szuka możliwości przeżycia poprzez błaznowanie, potem stopniowo traci nadzieję. Połączenie Łomnickiego w roli aktora grającego Leara z faktem, że Łomnicki był wówczas w trakcie prób do swojej wymarzonej wielkiej roli i zmarł na scenie właśnie jako Lear było jedną z cegiełek budujących legendę. Trochę w cieniu pozostał Jerzy Trela w roli Stalina, a niesłusznie, bo to bardzo ciekwa postać. Stalin (kolejna quasibiografia) momentami kreuje się na pana zycia i śmierci, który bawi się sparaliżowanym ze strachu aktorem, niczym kot z myszą, a czasem sugeruje, ze jest jedynie bezsilnym pionkiem płynącym z nurtem historii. 

Co więcej można mówić o legendzie?

 

środa, 11 lutego 2009
Kutzfest trwa

Za kilka dni Kazimierz Kutz skończy 80 lat, i z tej okazji TVP Kultura zafundowała przegląd jego twórczości teatralnej i filmowej. A że w Teatrze TV trwa fala kryzysowa, a kryzys to, wiadomo, bezrobocie, to ono właśnie jest punktem wyjścia sztuki Nikołaja Erdmana "Samobójca". W realizacji Kutza z 1989 roku w tytułowej roli Siemiona Siemionowicza Podsiekalnikowa wystapił Janusz Gajos (znowu Gajos u Kutza!). 

Podsiekalnikow, stał się bezrobotnym w wyniku zakrętów historii, związanych z rewolucją radziecką. Nie może znaleźć sobie miejsca w tej rzeczywistości, ma wrażenie, że utrzymująca go żona bezustannie wypomina mu ten fakt. Rodzina i sąsiedzi obawiając się, że Siemion może targnąc się na życie, powodują, że taki pomysł faktycznie przychodzi mu do głowy. Wokół zadeklarowanego samobójcy pojawia się tłum różnego pokroju osób (wśród nich Jerzy Trela i Krzysztof Globisz) liczących na wykorzystanie tej śmierci do swoich, idealistycznych lub całkiem przyziemnych, celów. W finale Podsiekalnikow wygłasza "manifest szarego człowieka", który chce zyć spokojnie z daleka od polityki, ideologii, religi, byleby miał spokój i pensję pozwalającą na przeżycie. Oj, wiele osób chętnie by się pod taką deklaracją podpisało...  

Rosyjski teatr ma swoją specyfikę, bo to i śmieszno i straszno i tak duszoszczypatielno. I tak tez jest u Kutzowskiego Erdmana (a może Erdmanowskiego Kutza...). I tak, że sami z siebie się śmiejecie, też...

 
1 , 2 , 3 , 4